Szef królowej motorsportu ustosunkował się do kwestii braku odpowiednich grafik dot. zarządzania energią w czasie realizacji wyścigów. Włoski działacz po raz kolejny wziął w obronę nowe regulacje techniczne, podkreślając, że nowych fanów nie interesuje techniczny aspekt F1.
W środę Stefano Domenicali spotkał się z przedstawicielami mediów na specjalnym spotkaniu, aby znowu jasno stanąć w obronie nowych przepisów technicznych. Te cały czas są przedmiotem nieustannej krytyki ze strony kierowców, a zwłaszcza po wydarzeniach z Silverstone i Spa.
W gruncie rzeczy komentarze Włocha były bardzo podobne do tych, jakie głosił już na początku sezonu, gdy jasno zaznaczał, że statystyki oglądalności pozostały na takim samym lub nawet lepszym poziomie. Teraz jednak poruszył jednak kwestię braku grafik dot. ilości energii w danym samochodzie, które bardzo szybko zniknęły z transmisji wyścigów. 61-latek znalazł na to dość zaskakujące wytłumaczenie:
"Na torze dzieje się mnóstwo akcji, a ludzie to uwielbiają. Skupiają się na tym, co dzieje się na torze. Nie rozumieją naszej technologii, tzw. superclippingu i innych rzeczy, bo jest to zbyt techniczne. W sobotę odbyłem interesującą rozmowę z George'em Lucasem", powiedział szef F1, cytowany przez The Guardian.
"Był na Węgrzech i podzielił się swoim ciekawym punktem widzenia na to, jak nowi kibice oglądają F1. Uwierzcie mi, że zdecydowana większość kibiców chce po prostu oglądać to, co się dzieje na torze. Nie są zainteresowani stopniem nacisku na przepustnicę, procentem siły nacisku na hamulcu czy tym, jak się wyprzedza innego kierowcę."
"Jako przykład mamy sytuację Maxa [Verstappena] i Lewisa [Hamiltona] z pierwszego zakrętu na Węgrzech. To jest dzieło sztuki, które po prostu chce się oglądać i które związane jest z jakością samych kierowców."
Gazeta De Telegraaf słusznie zauważyła jednak w kontekście komentarza o znakomitym ataku Verstappena z niedzieli, że miał on miejsce na Hungaroringu, czyli torze, na którym kompletnie nie trzeba było martwić się o zapotrzebowanie energetyczne. Na innych torach po takiej akcji Holendrowi zapewne skończyłaby się moc z hybrydy i doszłoby do klasycznego yo-yo racing.
61-latek ujawnił też ważne wskazówki w kontekście układu końcówki tegorocznego, a także przyszłorocznego kalendarza. Zapowiedział m.in., że finał sezonu 2026 na pewno nie będzie miał miejsce w USA, gdyż jeśli zostaną odwołane zawody na Bliskim Wschodzie, to taki zaszczyt przypadnie któremuś z europejskich krajów.
Według mediów, faworytem do tego jest Imola mimo wątpliwości pogodowych. F1 ma już pracować także nad planami awaryjnymi dot. początku kampanii 2027, która miałaby wystartować w Bahrajnie. Biorąc jednak pod uwagę niepewną sytuację polityczną, chce wstrzymać się maksymalnie z publikacją przyszłorocznego terminarza:
"Jeżeli sytuacja nie będzie klarowana w sposób, który dla nas jest oczekiwany, przed połową września podejmiemy decyzję. Jeśli to nie będzie możliwe, finał sezonu odbędzie się w Europie, gdyż nie możemy pojechać do innych miejsc."
"Kalendarz, który zostanie zaprezentowany - przyjmijmy, że jesienią - to będzie coś w rodzaju normalnego planu. Gdyby jednak sytuacja na Bliskim Wschodzie nie została rozwiązana, mamy opcje i plany, które zostałyby uruchomione pod koniec tego roku."
© Red Bull


Jeśli nie masz jeszcze konta, dołącz do społeczności Formula 1 - Dziel Pasję!
zarejestruj się