Pojawiły się pierwsze wiarygodne informacje odnośnie potencjalnych opcji dla F1 na wypadek odwołania zawodów w Bahrajnie i Arabii Saudyjskiej. Wiele wskazuje na to, że jeśli tego do tego dojdzie, to w kwietniu nie odbędzie się żadne Grand Prix.
W obliczu narastającego konfliktu między USA i Izraelem a Iranem pod dużym znakiem zapytania stanęło rozegranie rund w Bahrajnie oraz Arabii Saudyjskiej. Wszystko przez ataki tego ostatniego kraju na amerykańskie bazy stacjonujące na Bliskim Wschodzie. Oberwało się m.in. Manamie, gdzie w dzielnicy Juffair w czasie weekendów wyścigowych stacjonuje personel F1.
Z tego powodu pojawiły się zasadne wątpliwości co do przeprowadzania wyścigów zaplanowanych w tym rejonie w okolicach połowy kwietnia. Do tej pory królowa motorsportu i FIA za pośrednictwem Mohammeda Ben Sulayema w ostrożny sposób podeszły do komentowania tej sprawy. Z drugiej strony Federacja postanowiła przesunąć już zawody WEC w Katarze, które pierwotnie miały odbyć się w dniach 26-28 marca.
Jeśli chodzi o F1, tutaj władze serii mają jeszcze pewien zapas czasowy i nie chcą podejmować pochopnych decyzji. Potwierdziły to dzisiejsze raporty BBC oraz Auto Motor und Sport. Przede wszystkim wiadomo, że ostateczne postanowienia muszą zapaść przed terminem wysłania transportu sprzętu do Bahrajnu, do którego powinno dojść po GP Chin.
Z doniesień przekazanych przez te dwa źródła wynika, że jeśli doszłoby do odwołania wyścigów w Zatoce Perskiej, królowa motorsportu raczej nie skusi się na ich zastąpienie. Wprawdzie rozważane są opcje z drugimi zawodami na Suzuce czy powrotami do Portugalii, Turcji lub na Imolę, ale raczej padok nie zdecyduje się na taki manewr. Zresztą to samo miało miejsce w przypadku odwołania GP Rosji z 2022 roku.
Wynika to z kilku czynników. Przede wszystkim zorganizowanie wyścigu w pięć tygodni byłoby wyzwaniem logistycznym, a dla zespołów korzystniejszą opcją byłby po prostu powrót do fabryk. Samej serii również nie opłacałoby się organizowanie tych rund ze względu na mniejsze opłaty licencyjne niż w przypadku krajów Bliskiego Wschodu (Bahrajn i Arabia Saudyjska łącznie mają płacić za to ponad 100 milionów dolarów).
Pewne możliwości pojawiłyby się, gdyby oba te państwa przelały środki finansowe, co biorąc pod uwagę ich dobre relacje z FOM-em, wcale nie jest takie niewykluczone. Nie wiadomo jednak, jak do tego podejdą sami zainteresowani, tym bardziej że przełożenie ich rund wydaje się niemożliwe z powodu natłoku terminów w kalendarzu. W związku z tym kibiców F1 będzie najprawdopodobniej czekać ponad miesięczna przerwa między GP Japonii (rozgrywanym 29 marca) a GP Miami (rozgrywanym 3 maja).
© Red Bull


05.03.2026 19:57
0
To już nie jest sport, to biznes dla szejków i Amerykanów. A najlepsze jest to że wojna toczy się o złoża ropy i paliw kopalnianych, a sama Formuła 1 ma być w połowie elektryczna. Gdzie tu sens i logika? Jedyna nadzieja dla tego sportu to powrót do tego co było 20 lat temu, Australia, Chiny, Japonia, Kanada, Malezja, Brazylia i Meksyk również bym dołączył plus 12 Europejskich GP
Jeśli nie masz jeszcze konta, dołącz do społeczności Formula 1 - Dziel Pasję!
zarejestruj się