W trakcie weekendu wyścigowego w Baku kilku kierowców podzieliło się swoimi spostrzeżeniami odnośnie dwóch organizacyjnych nowości, jakie pojawią się w F1 w sezonie 2027. Zwłaszcza z kwestii skróconego dystansu wyścigów nie był zadowolony Lewis Hamilton.
Przed weekendem wyścigowym w Azerbejdżanie środowisko mistrzowskiej serii obiegły dwie ważne informacje związane z sezonem 2027. Najpierw Komisja F1 zatwierdziła pomysł skrócenia dystansu Grand Prix z 305 do 290 kilometrów, a następnie organy zarządzające opublikowały kalendarz wyścigów i sprintów.
W tym drugim kontekście wiele mieszanych emocji wzbudziło wskazanie Monako jako gospodarza jednego z wyjątkowych weekendów, tym bardziej że jeszcze kilka lat taką możliwość wykluczał Ross Brawn. Nic zatem dziwnego, że ta nowina wywołała też poruszenie wśród samych kierowców, o czym na konferencji prasowej wspomniał Sergio Perez:
"Dowiedziałem się o tym w zasadzie z naszej [WhatsApp-owej] grupy. Pojawiło się na niej parę komentarzy i trochę się działo. Poza tym nie poświęcałem za dużej uwagi tego, co działo się na tej grupie. Co się na niej działo? To już zostaje wewnątrz. Możecie sobie tylko wyobrazić", powiedział Meksykanin.
W kontekście wizji podwójnego wyścigu w Monako kierowcy wypowiadali się dość sceptycznie, zważywszy na brak większych okazji do wyprzedzania. Co innego dotyczyło dwóch czasówek, które w Monte Carlo zapewniają zawsze olbrzymie emocje.
Arvid Lindblad poszedł w ślady zeszłorocznej sugestii George'a Russella, że punkty powinny być przyznawane po prostu za kwalifikacje. Perez poszedł nawet o krok dalej, twierdząc, że akurat w przypadku Monako można byłoby zorganizować nawet trzy czasówki. Z kolei Oscar Piastri zwrócił uwagę na kwestię budowania pewności siebie na tym torze:
"Dwa wyścigi w Monako to już trochę za dużo. Jeden wyścig jest wystarczający, ale może dałoby się przeprowadzić trzy sesje kwalifikacyjne. Czasówka to zdecydowanie najlepsza część weekendu w Monako, więc zdecydowanie postawiłbym na większą liczbę czasówek, a nie więcej ścigania się, bo akurat w Monako dwa wyścigi to już trochę za dużo", przyznał Checo.
"Wiadomo, że mamy wybór między weekendem sprinterskim a normalnym. Pod kątem tego sprinterskiego interesująco będzie to oglądać w Monako, bo bardziej niż na każdym innym torze panuje tam ogromne napięcie przed sobotnim popołudniem. Każdy ma świadomość, że wtedy rozstrzygnie się mnie więcej to, kto będzie wygranym, a kto przegranym", dodał Australijczyk.
"Liczę po prostu na to, że nie stracimy tego wyjątkowego budowania emocji przez te dwie czasówki i sam sprint. Musimy poczekać i zobaczyć. Ciekawie będzie zobaczyć, czy stworzy to więcej chaosu i nieprzewidywalności, choć chyba już mówiliśmy o tym, że sam sprint może być raczej niewypałem."
Swoim komentarzem nie omieszkał podzielić się dobrze znany krytyk sprinterskiego formatu rywalizacji, czyli Max Verstappen:
"To będzie pewnie ten sam scenariusz, co w głównym wyścigu, nieprawdaż? Jest ekscytacja na starcie, a potem nie można wyprzedzać. To dość proste. Jeśli mam byś szczery, nie obchodzi mnie to, gdzie odbywają się te sprinty", oznajmił as Red Bulla, cytowany przez Motorsport.
"Biorę w nich po prostu udział i staram się spisać jak najlepiej. Nie wiążę jednak większych emocji zarówno z ich wygraniem, jak i przegraniem. Odkąd byłem dzieckiem, zawsze oczekuję na samo Grand Prix. Zazwyczaj odbywa się ono w niedzielę, ale niekiedy w sobotę [jak w Baku]."
Jeśli chodzi o kwestię skróconych wyścigów w sezonie 2027, George Russell jasno zaznaczył, że nie zmieni to za wiele w kontekście samej rywalizacji. Bardziej skupił się na kwestii różnic w czasie ich trwania. Dla przykładu, GP Włoch najczęściej trwa około godziny i 15 minut, podczas gdy GP Singapuru często dobija do regulaminowych dwóch godzin:
"Sprowadzi się to tylko do tego, że w niedzielne popołudnie szybciej wskoczymy do wanny. To tylko trzy okrążenia, choć w przypadku niektórych wyścigów będziemy za to wdzięczni", podkreślił zawodnik z King's Lynn.
"Np. w Singapurze, kiedy wyścig trwa już godzinę i 50 minut i zmierza w stronę dwóch godzin, to już trochę za długo. Z kolei takie zawody jak na Monzy, gdzie ścigamy się przez godzinę i 15 minut, wydają się nieco za krótkie. Generalnie jednak nie zmienia to za dużo."
Zupełnie inną optykę przedstawił na to Lewis Hamilton, który nie mógł zrozumieć sensu skracania tych wyścigów:
"Tak naprawdę nie wiem zbyt wiele ani nie znam powodów, którymi się kierowano. Uważam, że wyścigi powinny być dłuższe, bo pod względem fizycznym są łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej. W związku z tym nie uważam, aby ich skracanie miało sens", przyznał siedmiokrotny mistrz świata, cytowany przez PlanetF1.
"Np. podczas tego weekendu w Baku mamy najmiększe mieszanki i na każdej z nich można przejechać w zasadzie cały dystans wyścigu. Przez to często rozgrywa się go na jeden pit stop. To wyzwanie, ale oni robią takie opony, na których można jechać i jechać. Pod tym kątem chciałbym, aby w pojedynczych wyścigach było więcej okrążeń do pokonania."
"W związku z tym bardziej skłaniałbym się ku dłuższym wyścigom. To w końcu najbardziej wymagający sport pod kątem fizycznym, a do tego dochodzi jeszcze mentalność. W niektórych wyścigach jest tak gorąco, że można znaleźć się przy granicy wytrzymałości. Singapur jest szalenie gorący i wymagający, a w tym roku trudno będzie jeszcze w Malezji."
"Chyba jednak właśnie takich sportowców chcemy oglądać? Takich, którzy znajdują się na granicy, a wręcz muszą je przekraczać. Na tym właśnie polega ten sport, czyli na ciągłym podnoszeniu swojego poziomu i granic. Z tego powodu skracanie wyścigów nie ma kompletnie sensu."
© Ferrari


Jeśli nie masz jeszcze konta, dołącz do społeczności Formula 1 - Dziel Pasję!
zarejestruj się