Szef ekipy Williamsa, James Vowles, zabrał głos w kontrowersyjnej kwestii omijania stopnia kompresji silnika opracowanej przez inżynierów Mercedesa. Brytyjczyk twierdzi przy tym, że ewentualne zmiany w przepisach tuż przed rozpoczęciem sezonu będą miały daleko idące konsekwencje dla całej Formuły 1.
Na wstępie trzeba zaznaczyć, że szef Williamsa, pośrednio jest stroną w tej sprawie, mogąc potencjalnie odnieść z niej korzyści. Jego zespół korzysta bowiem z silników Mercedesa, a on sam awansował na stanowisko szefa ekipy z Grove bezpośrednio ze stanowiska szefa strategii Mercedesa.
Im bliżej rozpoczęcia mistrzostw, tym więcej mówi się o opracowanej w Brackley sztuczce silnikowej, która ma wykorzystywać nieprecyzyjność regulaminu technicznego F1.
Przed sezonem 2026, FIA chcąc zachęcić nowych producentów silników do wejścia w świat F1 podjęła szereg działań, aby ich zachęcić. Najważniejszym i najgłośniej wspominanym punktem było usunięcie kosztownego układu MGU-H, ale nie był to koniec działań skierowanych w stronę potencjalnych nowych podmiotów.
FIA w niedawno opublikowanym wywiadzie z Nicolasem Tombazisem, czyli dyrektorem departamentu bolidów jednomiejscowych przyznała, że kolejnym takim krokiem było ograniczenie stopnia kompresji silnika z 18:1 do 16:1.
Zdaniem greckiego inżyniera stopień kompresji stosowany w minionych latach był tylko czysto teoretycznie do osiągnięcia. Od sezonu 2026 został więc on zmniejszony i wszystko było by w porządku gdyby nie inny zapis regulaminu, który wprost informuje wszystkich, że parametr ten będzie kontrolowany w temperaturze otoczenia, gdy silnik nie pracuje.
Sam zapis tego punktu jawnie może sugerować inżynierom możliwość omijania tych wytycznych i w sumie dziwne jest, że na taki pomysł wpadł tylko Mercedesa, a za nim też Red Bull, którego dział silnikowy nieprzypadkowo kierowany jest przez byłego speca silnikowego Mercedesa.
Sam Red Bull początkowo obstawał po stronie Mercedesa, co teoretycznie zupełnie wykluczało możliwość dokonania zmian w regulaminie technicznym jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw.
Optyka zmieniła się jednak po tym jak media zaczęły donosić, że rozwiązanie Red Bulla ma mu dawać skromne 15 KM dodatkowej mocy, podczas gdy Mercedesa może dawać nawet 60 KM. Tak ogromna przewaga oznaczałaby w praktyce pogrzebanie szans rywali jeszcze zanim wyjadą na tor, tym bardziej, że w grę wchodzą również kwestie zamrożenia prac homologowanych jednostek, które nastąpi 1 marca.
Sprawa jest więc grubego kalibru z potencjalnie dużymi konsekwencjami niezależnie od podjętych kolejnych działań ze strony FIA. Federacja mimo iż stara się robić wszystko co w jej mocy, aby stać na straży przepisów i stara się je uszczelniać, stoi na przegranej pozycji mając na przeciwko siebie tysiące kreatywnych umysłów inżynierów, pracujących w zespołach w F1. A każdy z nich szuka przewagi konkurencyjnej, często skupiając się wtedy na alternatywnych metodach interpretacji regulaminu technicznego, co z reguły daje największe korzyści.
Trzeba wprost powiedzieć, że tak było, jest i zawsze powinno być w serii, która określana jest mianem królowej sportów motorowych. I właśnie do tej kwestii odniósł się James Vowles z Williamsa, którego słowa niosą się teraz po internecie.
"Jako sport musimy zadbać o to, aby nie była to seria typu BoP [ang. Balans of Performance, Balansowania Osiągów]" mówił Vowles przed rozpoczęciem drugiej tury przedsezonowych testów w Bahrajnie.
"To ma być merytokracja, w której najlepsze rozwiązanie inżynieryjne jest nagradzane, a nie karane za swoje osiągnięcia. Jestem pewien, że inne zespoły są wkurzone, że nie były w stanie osiągnąć tego, co zrobił Mercedes, ale musimy też zachować ostrożność."
"Mam nadzieję, że zwycięży rozsądek i że jako sport uznamy, iż jesteśmy tu po to, by funkcjonować merytorycznie, gdzie najlepsze rozwiązanie inżynieryjne wygrywa."
Vowles zdradził, że regularnie rozmawia z Toto Wolffem, szefem Mercedesa, oraz szefem departamentu silnikowego z Brackley Hywelem Thomasem. Szef Williamsa nie ma przy tym wątpliwości, że rozwiązanie opracowane przez jego dostawcę przy obecnym brzmieniu regulaminu w pełni spełnia jego wymagania i nie ma w ogóle mowy o nielegalności konstrukcji.
FIA ustami tego samego Nikolasa Tombazisa wyraża chęć rozwiązania tych kontrowersji jeszcze przed sezonem i tutaj przed drastycznymi ruchami przestrzega Vowles, który zastanawia się co by się stało, gdyby poprzez zmianę regulaminu nagle osiem bolidów nie mogło wystartować w mistrzostwach.
FIA znajduje się więc w mało komfortowej sytuacji, gdyż czego nie zrobi będzie źle. Producenci silników, mając poparcie Red Bulla, w teorii mają wystarczającą siłę, aby przeforsować natychmiastową zmianę przepisów, ale żeby tak się stało muszą mieć też poparcie FIA i władz F1. A nie jest to takie pewne właśnie ze względu na kwestie wizerunkowe całej serii. Więcej zapewne dowiemy się na ten temat w przyszłym tygodniu. W Bahrajnie zaplanowano bowiem kolejne spotkanie Komisji F1.
"Po pierwsze, muszą opracować odpowiednie przepisy - a powodzenia w testowaniu jednostek napędowych w warunkach, w jakich wykorzystujemy je na torze. Druga kwestia dotyczy tego, co zrobić w sytuacji, gdy de facto przepisy ulegną zmianie w taki sposób, że - jeśli nie będziemy z nimi zgodni - osiem bolidów nie będzie mogło stanąć na starcie?"
"I właśnie to miałem na myśli, mówiąc, że jako sport musimy naprawdę dobrze przemyśleć, jakie konsekwencje będzie miała ta zmiana."
© Williams


Jeśli nie masz jeszcze konta, dołącz do społeczności Formula 1 - Dziel Pasję!
zarejestruj się