Jamesowi Vowlesowi i spółce prawdopodobnie nie uda się przeforsować pomysłu, który dałby mniejszym ekipom większe możliwości inwestycyjne już w kontekście 2027 roku. Zgody na to nie wyrazi Racing Bulls, które ma być kluczowe w tej układance.
Koncepcja kolejnych zmian w czapie budżetowej narodziła się po wywodzie Jamesa Vowlesa z konferencji prasowej przed GP Bahrajnu w Malezji. Brytyjczyk uwypuklił wady obecnego systemu finansowego, który wpędził mniejsze ekipy w pułapkę związaną z tym, że nie mogą dorównać czterem najlepszym zespołom, jeśli chodzi o inwestycje kapitałowe.
Czołowe stajnie wprowadziły je jeszcze bowiem przed erą limitów budżetowych, a ponieważ obecnie i takie działania są w nie wliczane, ich przewaga pozostaje niejako zamrożona. Szef Williamsa prowadził odpowiednią kampanię na tym froncie już w 2023 roku, kiedy udało mu się wywalczyć dodatek na inwestycje kapitałowe tzw. CapEx.
Teraz Vowles zaproponował specjalny mechanizm wyrównawczy, który byłby oparty na punktach wywalczonych w mistrzostwach świata. Dzięki temu zespoły zajmujące najniższe pozycje w klasyfikacji konstruktorów dysponowałyby większymi możliwościami zasobami finansowymi.
The Race zagłębiło się w całą sprawę i dowiedziało się, że dyskusje w tym kontekście były prowadzone w padoku już od kilku tygodni. Co więcej, cały plan ma być omówiony na następnym posiedzeniu Komisji F1 i poddany pod głosowanie. O ile w kontekście wprowadzenia tego mechanizmu już na sezon 2028 wystarczyłoby poparcie czterech teamów, o tyle na sezon 2027 potrzebne byłoby już 6 głosów.
I tutaj zrobiło się ciekawie, gdyż brytyjski serwis podał, że za tą koncepcją mocno opowiadają się - poza Williamsem - Aston Martin, Audi, Alpine i Cadillac. Potrzebny byłby zatem jeszcze jeden sojusznik, którym nie zostanie raczej Haas. Amerykanie mają uważać, że obecny system funkcjonuje zgodnie z założeniami. Prawdopodobnie kryje się za tym drugie dno związane z tym, że nie osiągnęliby wyższych granic finansowych.
W związku z tym uwaga Vowlesa i spółka została skierowana w stronę Racing Bulls, którego stanowisko będzie uzależnione od narracji narzuconej przez główny zespół Red Bulla. Mimo to 47-latek dawał do zrozumienia, że Byki mogą poprzeć cały plan:
"Są dwie możliwości. Można wprowadzić zmiany w przepisach już na kolejny sezon lub jeszcze kolejny, do czego wystarczyłyby 4 głosy. Podejmowanie inwestycje i tak wymagają czasu, by zaczęły przynosić pożądane efekty, ale dla mnie idealny scenariusz jest taki, że wprowadzamy to już w przyszłym roku i wiemy, gdzie się znajdujemy", podkreślił pryncypał Williamsa.
"Jest jednak sposób na rozwiązanie tego problemu, jeśli chodzi o liczbę głosów na tę chwilę. Red Bull podchodzi do tego sensownie. Mają szansę poczynić inwestycje w swoim siostrzanym teamie, którego wartość tylko by rosła. Dlaczego zatem nie chcieliby, aby ten zespół był bardziej konkurencyjny z większą ilością dostępnych narzędzi? Rozmowy w tej sprawie jeszcze się nie odbyły."
Szybko jednak okazało się, że z założeń Vowlesa nic nie wyniknie. Alan Permane na konferencji prasowej jasno zaznaczył, że obecne regulacje finansowe wywiązują się ze swoich zadań:
"Nie uważam, byśmy poparli dużą zmianę w przepisach dot. limitu budżetowego, która pozwoliłaby na wydawanie większej ilości pieniędzy. Ten system bardzo dobrze sprawdzał się przez te 6 lat obowiązywania. Naprawdę wiele dał też samej F1", przyznał głównodowodzący Racing Bulls.
"Być może trzeba wprowadzić jakieś drobne korekty. Jeśli natomiast ktoś chce wydawać sporą ilość pieniędzy w ramach CapEx, to może. Mamy już taki mechanizm. Jeżeli James chce wydać 100 milionów na coś, może to zrobić. Może rozłożyć płatność na kolejne lata."
Obok Permane'a na konferencji prasowej pojawili się Toto Wolff i Zak Brown, a więc przedstawiciele ekip z wielkiej czwórki, którzy naturalnie nie wyrazili poparcia dla koncepcji Vowlesa. Szef Mercedesa zasugerował natomiast wprowadzenie innych zmian, jak np. lepsze możliwości zapewnienia wyższych płac najlepszych inżynierów:
"To hamuje wzrost pensji. Od zawsze to był sport, do którego ciągnęli ludzie. Ze względu na możliwości, jakie miała F1, ściągaliśmy najlepsze talenty z najlepszych uczelni. Teraz można kogoś skusić do pracy w ekipie F1 jedynie samym entuzjazmem", oznajmił austriacki działacz.
"Jednakże po pięciu, sześciu czy siedmiu latach, kiedy pracownik ma już stopień doktora, a jego zarobki są niższe niż w firmach technologicznych, funduszach hedgingowych czy bankach inwestycyjnych, to robi się problem. Zresztą zespoły, które działały na froncie inwestycji kapitałowych w przeszłości, tak jak my, muszą uwzględniać w limicie budżetowym ogromne koszty amortyzacji."
"Te natomiast, które tyle nie wydawały, mają znacznie większe możliwości w kontekście tych inwestycji i tego, czego chcą. Naprawdę sympatyzuję się z takim zespołem jak Williams i z Jamesem, bo to naprawdę mądry gość, aczkolwiek musimy znaleźć odpowiedni balans, by nie zaprzepaścić tego, co świadomie zmieniliśmy rok lub dwa lata temu."
CEO McLarena zaznaczył, że to zespoły same powinny rozdysponowywać środkami, tak aby obejmowało to zarówno kwestie inwestycji kapitałowych, jak i rozwoju bolidu:
"Trzeba po prostu podejmować decyzję, gdzie chce się czynić te inwestycje. To jest tak samo jak z decyzjami dot. wyboru kierowców. To skomplikowane. Jeżeli jednak spojrzymy na poprzedni sezon, to mieliśmy najbardziej zbitą stawkę w całej historii F1", dodał Amerykanin.
"Kiedy dorastałem przy wyścigach, przez większość czasu wygrywał jeden, ewentualnie dwa zespoły. Teraz wygrywać mogą cztery drużyny, a piąta zdobyła jeszcze pole position. Ten sport jest naprawdę konkurencyjny, ale zawsze pozostaję otwarty na dyskusję."
© Haas


Jeśli nie masz jeszcze konta, dołącz do społeczności Formula 1 - Dziel Pasję!
zarejestruj się